„Król” – Szczepan Twardoch [RECENZJA]

Kreska między czytadłem a arcydziełem nigdy wcześniej nie była tak cienka.

Zacznę od informacji, że książkę połknąłem niczym unoszący się w tle jej wydarzeń kaszalot (spokojnie, to jej jedyny element magiczny) czyli szybko i w całości. Przez pierwsze kilkanaście stron biłem się co prawda z myślami, bo chwilę przed podjęciem rękawicy z Twardochem przeczytałem w świątecznej Wyborczej artykuł o „grzesznych przyjemnościach” i taką właśnie wydawał mi się „Król”. Był przecież świetnie promowany na idealny wigilijny prezent (mocno eksponowanym na Empikowych półkach) i miał doskonałą oprawę graficzną. Był rzeczą popularną, a takie zawsze budziły we mnie podejrzenia. „Podoba się wszystkim? To nie może być dobre” – zakładałem.

Po lekturze wiem już, że byłem w błędzie, choć nawet teraz trudno mi tak jednoznacznie znaleźć dla tej książki miejsce na skali między „czytadło” a „wielka literatura”. Problem bierze się zapewne z krzywdy jaką wyrządził nam polski system edukacji i jego kanon lektur (który mimo to kocham całym sercem). Polska szkoła uczy, że czytadło nie może być wielką literaturą i jednocześnie – co jeszcze gorsze – że dana książka musi być w całości jednym lub drugim. „Król” udowadnia, że trudno o twierdzenia dalsze od prawdy.

To prawda, że książkę Szczepana Twardocha czyta się łatwo, szybko i przyjemnie, ale to zasługa warsztatu pisarza (byłem pod ciągłym wrażeniem dbałości o formalne i stylistyczne szczegóły), porywającej fabuły i stworzonych (odtworzonych?) przez niego postaci. W ogniu wydarzeń przedwojennej Warszawy czytamy o niebanalnie potraktowanych ponadczasowych uczuciach, myślach, decyzjach i problemach. „Król” jest też nietypową, epicką opowieścią o walce dobra ze złem. Gdy dodać do tego eksperymenty z formą – o których nie mogę powiedzieć zbyt wiele ze względu na spoilery – to dostajemy produkt końcowy, w którym coś dla siebie znajdzie zarówno niedzielny czytelnik, jak i profesjonalny badacz literatury.

Książka zasługuje na dłuższą, głębszą analizę, których kilka już zresztą od czasu jej premiery powstało. Ja tą krótką recenzją chciałem tylko powiedzieć, że potwierdzam: naprawę warto do niej zajrzeć. To dla mnie niespodziewany hit 2016 roku. Moje czytelnicze serce skradła całkowicie. Minął już zresztą ponad tydzień od kiedy ją skończyłem, ale myślę o niej właściwie tylko częściej w obliczu np. rasistowskich ataków w Ełku i wyjścia ze swoich norek polskich „małych hitlerków”. O tym, że książka Twardocha jest Biblią, której dzisiaj wszyscy potrzebujemy napiszę później osobny tekst. W międzyczasie, kto jeszcze nie czytał, niech nie zwleka.

PS. tak, ja również uważam, że przedstawianie kobiet jest w tej książce – delikatnie mówiąc – problematyczne i nie tłumaczy go to, że 80 lat temu „było inaczej”.

Adrian Fulneczek
adrian.fulneczek@gmail.com

(zdjęcie główne z księgarni
http://wilabuki.pl/
– kupię w zamian coś z ich zbiorów)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS