„Jak pokochać centra handlowe” – Natalia Fiedorczuk [RECENZJA]

Jak brać się w garść po urodzeniu dziecka w kraju, w którym każdy uważa, że przecież nic złego się z tobą nie dzieje i powinnaś być szczęśliwa?
centra handlowe2
Książki można analizować w oderwaniu od rzeczywistości, w której powstają. W oderwaniu od państwa, w którym zostały napisane. Oderwaniu od dominującej religii w tym państwie, poziomu konserwatywnie myślących obywateli tego państwa i presji, które funkcjonowanie wśród nich wywiera na autora. Ale można też wziąć to wszystko pod uwagę i zacząć opis wrażeń po „Jak pokochać centra handlowe” Natalii Fiedorczuk od… podziwu.

Tak, to właśnie podziw dla autorki był uczuciem, które towarzyszyło mi podczas lektury (szczególnie pierwszej połowy) jej książki. Bo w państwie, w którym pisała swoją książkę niełatwo jest np. publicznie przyznawać, że „w moim systemie operacyjnym nie ma fabrycznej nakładki pod tytułem Rodzenie dziecka. Nie ma. I jeśli mam przyjrzeć się tej sprawie tak naprawdę, głębiej, to czuję ogromną ulgę i wdzięczność, że nie musiałam dołem. I od początku wiedziałam, że tak będzie. Na myśl o tym, że musiałabym, że musiałam, że mogłam, od razu poprawiam się na krześle i zakładam nogę na nogę.”

W szokującym opisie nie tyle samego porodu, co tego, jak była przy nim traktowana, jak oceniona przez położne za swoją „”słabość”", że była przecież „dorodną rzepą, a wyła jak hrabianka przy pożarze dworu” zamiast być jak prawdziwa Polska matka być „kobiecą, ale heroiczną”. Myślę, że cytowanie Zbigniewa Stonogi w recenzji jakiejkolwiek książki trochę uwłacza recenzentowi, ale zaryzykuję, przyznając mu rację, że chyba jednak żyjemy w antyludzkim (a antykobiecym już na pewno) państwie.

Państwie, gdzie kobiecie niełatwo mówi się w też o innych problemach. O bólu przy karmieniu piersią i logicznej rezygnacji z niego, o tym, że dziecko nie zawsze jest wyłącznie ciepłą kulką szczęścia, a może nieść ze sobą tygodnie bezsenności i miesiące (lata?) depresji. O tym, jak wyniszczające jest przejście z roli kobiety zarabiającej jako montażystka wideo do takiej, która szczęścia wypatruje w posprzątaniu mieszkania o godzinie 5:30 rano po nieprzespanej nocy.

Naprawdę podziwiałem podczas lektury Fiedorczuk za tą odwagę i siłę potrzebną, żeby odkopać się spod przygniatającego ciężaru doświadczeń poprzednich pokoleń kobiet. Z tego, że tak wypada. Że żona powinna. Że mąż nie musi, był przecież dzisiaj w pracy, niech zostawi – przecież kobieta zrobi za niego.

„Jak pokochać centra handlowe”, to książka osobista, autentyczna, a nawet jeśli całkowicie zmyślona, to wymagająca od nas autentyczności w autorefleksji podczas czytania, a to bardzo cenne. Trudna codzienność nowej matki, jej problem z tożsamością, z odnalezieniem się w swoim „nowym” ciele jest czymś, o czym niewiele kobiet w naszym kraju decyduje się pisać tak szczerze, ale też z odpowiednim dystansem nabranym dzięki upływowi czasu.

Książka przydatna dla tych, którzy sami przechodzili przez podobne problemy, a także tych, którzy chcieliby w przyszłości pomóc łatwiej poradzić sobie z nimi innym. Polecam! I zachęcam przy okazji do bliższego poznania położnych, które będą opiekować się Wami lub Waszymi żonami przy porodzie… (naprawdę nie mogę przeżyć tego fragmentu).

Adrian Fulneczek
adrian.fulneczek@gmail.com

One comment on “„Jak pokochać centra handlowe” – Natalia Fiedorczuk [RECENZJA]
  1. U mnie na problemy ze sobą wybawieniem okazał się rytuał na depresję zamówiony u Samaela. Czuję się znacznie lepiej i w końcu patrzę z nadzieją na moje życie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS