„Sprzedawca arbuzów” – Marcin Meller [RECENZJA]

Marcin Meller wydał właśnie drugi zbiór swoich prasowych tekstów. Czy zostanie odebrany tak samo dobrze jak pierwszy, „Między wariatami”?

meller2

Marcina Mellera możecie kojarzyć z kilku powodów. Przez 9 lat był redaktorem naczelnym polskiego Playboya, w telewizji prowadził „Dzień Dobry TVN”, w radiu RoxyFM własną audycję i pisał dla Polityki, Wprost (tu akurat nie ma się czym chwalić) czy Newsweeka. Człowiek orkiestra, który w tej mieszance zainteresowań i funkcji jest też miłośnikiem… felietonu. Tej trudnej do zamknięcia w gatunkowych ramach dziennikarskiej formy.

- Do dzisiaj na najważniejsze półce w mym domu, czyli w toalecie, honorowe miejsce zajmują ulubieni felietoniści: Kisiel, Antoni Słonimski, George Orwell, Arturo Perez-Reverte (mój osobity numer jeden), Jeremy Clarkson, Stanisław Barańczak czy Bolesław Prus – pisze we wstępie do swojego „Sprzedawcy arbuzów” Meller.

W wymienionym przez niego zbiorze autorów są głównie klasycy gatunku: z jednej strony prawdziwi mistrzowie słowa, dla których językowa jakość tekstu była kluczowa. Ale jest też Jeremy Clarkson, który stawia sobie raczej inny cel pisząc teksty. Mają być ciekawe, przyjemne, prawdziwe, niekoniecznie olśniewające językiem, a nawet celowo w tej warstwie proste. Podejście bardzo podobne do tego drugiego zdaje się mieć Meller.

„Sprzedawca Arbuzów” to zbiór felietonów Marcina Mellera publikowanych od 2012 roku w Newsweeku, po raz pierwszy w wydaniu książkowym. Jako nie-czytelnik Newsweeka (szczególnie w tych ostatnich czterech, pełnych kierowniczych zawirowań latach) miałem to szczęście, że wszystkie czytałem po raz pierwszy.

Te blisko 500 stron jest dla ułatwienia podzielone na tematyczne kategorie. Pierwszą, poświęconą sprawom rodzinnym chciałem początkowo pominąć całkowicie, ale cieszę się, że tego nie zrobiłem. Moim zdaniem, to właśnie te teksty są najlepsze i najcenniejsze w całym „Sprzedawcy…”. Meller często podkreśla, że w redakcji grożono mu po pewnym czasie, że „jeszcze jeden tekst o rodzinie, a zobaczysz!”, ale nie dziwię się, że nie rezygnował z tematów domowych.

Jego opisy codziennych małych zawirowań i przygód ze swoimi dziećmi są najbardziej autentyczne. Widać, że mówiąc o tym czuje się najbardziej komfortowo i te felietony nigdy nie brzmią jak pisane na siłę, bo zbliża się deadline (o tym, jak trudne jest życie felietonisty też znajdzie się w książce wiele cennych informacji). To też dla czytelnika ciekawe doświadczenie, że oto facet, którego kojarzymy jednak z latami przygotowywania rozkładówek Playboy’a, nagle piszę, że nigdy nie czuł się tak męsko jak w chwili, gdy kąpie swojego syna lub – zapewne ze łzami w oczach nad klawiaturą – wzrusza nas wspomnieniem swojej zmarłej matki.

Następne w kolejności są teksty (około)polityczne. Problematyczne, bo o ile niektóre budzące emocje wydarzenia i ich komentowanie może być nadal ciekawe po kilku latach, to inne tracą swoją moc. Szczególnie jeśli autor musi nam najpierw przypominać o co w całej sprawie się rozchodziło. Na wyróżnienie zasługuje w tej części najpierw krytyka, a później bezlitosna polemika z odpowiedzią znanych polskich ateistów (m.in. Jan Hartman), o których Meller pisze, że są tak samo szkodliwi dla ateizmu jak fundamentaliści dla wizerunku religii. Warty zapamiętania jest też felieton-list do kuzynki, w którym Meller wraca do lat PRL i jasno pokazuje jak długą drogę nasz pełen paradoksów kraj przeszedł w ostatnich 26 latach.

Książka kończy się zbiorem obyczajowym i kulturalnym. Tutaj Meller znów porusza się z o wiele większą gracją. Bez bicia przyznaje się wszak, że już w szkole często zamiast słuchać nauczycieli czytał pod ławką książki. Jako oczytany, światły i wrażliwy odbiorca dzieł sztuki poleca nam kilka książek, których nie znaliśmy i broni prawa artystów do wolnej ekspresji (zabawnie jest, gdy np. opisuje wspólne wyjście do teatru z Michałem Kamińskim i jego „poważnie traktującą sprawy wiary” żoną). Nie zabraknie też aktualnych tematów i zasłużonych pstryczków w nos obecnego, najmniej lubianego ministra kultury w historii wolnej Polski.

Meller przekonuje, że „poczytałby sobie za niesłychany zaszczyt, gdyby wylądował w Twojej, Drogi Czytelniku toalecie. Nie ma doskonalszego miejsca na czytanie felietonów”. Nie wchodząc w detale tego twierdzenia spróbuję jakoś inaczej napisać, że ta książka właśnie do tego pomieszczenia nadaje się najlepiej. Nie trzeba jej przecież czytać od deski do deski, a jeśli po kilku linijkach jednego tekstu coś nie będzie nam pasowało możemy od razu przejść dalej. Słowem, to przyjemny zbiór krótkich, polemicznych pobudzaczy myśli. Coś, co zawsze warto mieć (…wiedziałem, że przywołanie tej toalety na początku akapitu nie skończy się dobrze, ale sam się prosiłeś, Marcinie…) pod ręką.

Adrian Fulneczek
adrian.fulneczek@gmail.com


Marcin Meller – „Sprzedawca arbuzów” (wydawnictwo Wielka Litera 2016 r.)
cena: 39,90 zł


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS