Noc Nadodrza – mini relacja

Specjalna edycja Nocy Nadodrza przy okazji Festiwalu Nowe Horyzonty była trochę inna niż wszystkie: rozpoczęła się już w południe i miała filmowe motywy przewodnie.

Nadodrze to wrocławska dzielnica położona nieopodal centrum miasta i kojarzona przez miejscowych głównie ze starymi budynkami, biedą i obszarem, w którym nie chcesz, żeby twoja partnerka po zmroku wracała sama do domu. Rozpoczęty kilka lat temu program rewitalizacji dzielnicy próbuje zmienić ten stan rzeczy i trzeba przyznać, że wychodzi nienajgorzej.

Poza odnową budynków, miasto wymyśliło też, że przekupi artystów: jeśli zgodzę się ryzykować życiem i zdrowiem, pracując akurat w tym miejscu Wrocławia, mogą liczyć na dotacje i ułatwienia. Wielu się zgadza, promując tutaj swoją niszową twórczość. Wszystkich można poznać m.in. dzięki niezwykle popularnym cyklowi Nocy Nadodrza.

W sobotę 25. lipca na charakterystycznej czarno-różowej mapce dla uczestniczących w Filmowej Nocy Nadodrza znalazło się prawie 40 miejsc. Swoje zwiedzanie rozpocząłem późno, ale i tak zdążyłem przed zamknięciem trafić na kilka ciekawych wydarzeń.

1) Eko-Centrum
Niecodziennie ma się okazję poznać kobietę, której hobby i powołaniem życiowym jest dzielenie przestrzeni mieszkalnej z nietoperzami. Nieczęsto można też zapoznać się z jej gryzoniowatymi przyjaciółmi ze skrzydłami, dotknąć ich i nakarmić. Wszyscy odwiedzający Eko-Centrum mogli wczoraj zrobić jedno i drugie.

Kółeczko wokół stołu było bardzo ciasne, stąd zdjęcie z góry. Ps. bliski kontakt z nietoperzem może tłumaczyć czemu Bruce Wayne (a.k.a. Batman) tak traumatycznie zapamiętał spotkanie z ich stadem do końca życia. No dobrze, przyznaję, że są słodziutkie… na swój sposób.

2) Łokietka5 Infopunkt Nadodrze
Przegląd „mody Nadodrza”. Na wstępie: oczywiście, tradycyjnie, spora dyskryminacja mężczyzn, którzy coś dla siebie mogli znaleźć przy może dwóch stoiskach (m.in. u Drop Of Color). Po cichu ocierałem łzy z tego powodu.

Panie oczywiście miały w czym wybierać. Nie brakowało kreatywnych kolczyków i broszek od Liselove (dinozaur ze zdjęcia moim faworytem), sukienek, bluzek i toreb. Ciekawie o genezie swojego biznesu opowiadała też twórczyni marki Bananamama, która odkryła, że praktycznie wszystkie rzeczy wyglądają lepiej jeśli naszyć/nadrukować na nich banana. Nawet buty.

Ps. dwóch gentlemanów sprzedawało też świetnej jakości portfele, ale zapomniałem o wizytówce więc niestety nie mogę Wam pokazać ich twórczości – może ktoś podrzuci w komentarzu? EDIT: szybka reakcja czytelników i dziura w pamięciu już jest zapełniona, sprawdźcie sami rzeczy od HUBAG.

3) Róża Rozpruwacz
To już od powstania miejce z moją ulubioną nazwą w całej dzielnicy. W sobotę poza tradycyjnie mini-warstatami krawieckimi proponowało też filmowe przekąski. Były źródłem ciekawego dialogu:

- Mamy czkoladę z „Czekolady”, szarlotkę z „American Pie”…
- Szarlotka jest, mam nadzieję, jeszcze przed sceną?
- Tak, bez żadnych dodatków, można powiedzieć, że wciąż dziewicza.

Punkt dla Was. Nie mogłem też zgadnąć do czego odniesieniem są maliny. - Nie pamiętasz? Do „Amelii”, nakładała je na każdy palec i później zjadała - nadal nie pamiętałem. - Cóż, chyba nie każdy widział ten film 200 razy.

Racja, po pięciu seansach jakoś mi to umknęło, ale dziękuję za przypomnienie.

I gościnę. Do zobaczenia następnym razem!

Ps. wczoraj dowiedziałem się też, że warto zajrzeć po najciekawsze kolory farb w mieście do Meblodzieło, a wcześniej, żeby coś sobie wydrukować/zaprojektować lub po prostu wypić kawę, do ukrytego w oficynie PANATO.

Adrian Fulneczek
adrian.fulneczek@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS