Witkacy tańczy i śpiewa

Kilku dekadentów zamkniętych na strychu Wrocławskiego Teatru
Współczesnego mówi Witkacym w pierwszej w historii teatralnej adaptacji
powieści „Pożegnanie jesieni”. Nie brakuje tańców, erotycznych
eksperymentów, zmian religii, deptania Gazety Wyborczej i samobójstw. Na
jeden spektakl przypada wanna kokainy.

Przełożenie akurat tego
tekstu Stanisława Ignacego Witkiewicza na dramat na pewno łatwe nie było
– narracja napisanej w 1927 roku powieści jest pełna rozważań autora na
temat (przede wszystkim) natury człowieka i człowieka w społeczeństwie.
Reżyser Piotr Sieklucki i dramaturg Tomasz Kireńczuk poradzili sobie z tym (i kwestią uwspółcześnienia) jednak bardzo dobrze.

Duet Teatru Współczesnego nie dał się zwieść temu, jak czasem odczytuje się „Pożegnanie jesieni”:
jako powieść polityczną, opowiadającą o rewolucji bolszewickiej.
Owszem, bohaterowie boją się rychłej śmierci i mówią o tym, że lada
dzień „jeśli nie ta, to następna” rewolucja zakończy ich żywot, ale sam
pisarz tłumaczył przecież  w przedmowie do książki: „nie robię
żadnych aluzji do rzeczy aktualnych: żadnych wypadków majowych z r.
1926, czy marcowych z r. 1927. Mógłbym równie dobrze umieścić całą tę
historię w Wenezueli, czy Paragwaju. Nic toby nie zmieniło istoty
rzeczy”. Jest to więc kolejna podróż do wnętrza ludzkich serc i głów – podróż przez ciemne serce i głowę samego Witkacego.


Sposobem na tę drogę w
„Pożegnaniu jesieni” jest umieszczenie na niewielkiej przestrzeni ludzi
(aktorzy praktycznie nie opuszczają niewielkiej sceny) tak różnych od
siebie i reszty gatunku, że niepotrafiących funkcjonować ze
społeczeństwem. Ba! Niepotrafiących


funkcjonować z samymi sobą. Wszyscy
czują w sobie śmierć, której z jednej strony boją się najbardziej, ale
są przy tym też bardzo znudzeni życiem. Nie wiedzą co z nim zrobić.
Żydówka Hela (Marta Malikowska-Szymkiewicz) chce więc zmienić wyznanie, ksiądz Wyprztyk (Dariusz Maj) opanować religijne wątpliwości i cielesne pokusy, Atanazy (Michal Szwed) koniecznie zdradzić żonę, a Łohoyski (Krzysztof Boczkowski) koniecznie zdobyć Atanazego.


Tekst Witkacego to
„szydercza tragikomedia miłosna”, w której o miłości decydują często nie
uczucia, ale podstawowe ludzkie popędy. Jeśli nie te seksualne,
bohaterowie zbliżają się do siebie głównie za sprawą odczuwanego
podświadomie strachu. Ich łamanie kolejnych zasad i norm, nowe
doświadczenia, nieetyczne związki, narkotyki – to wszystko ma pomóc im w
zapełnieniu pustki,  osiągnięciu chwilowej satysfakcji i spełnienia. Są
ludźmi bliskimi upadku, którzy otoczeni takimi jak oni, razem
degenerują to społeczeństwo „burżuazyjnych odpadków” jeszcze bardziej.


W spektaklu Siekluckiego
świetnie wszystkie te wady opiewa (doskonały!)… Chór Starców. Tych
trzech starszych panów na wózkach inwalidzkich (Boleslaw Abart, Zdzislaw Kuźniar, Maciej Tomaszewski)
po pierwsze rozwiązuje problem formalny, bo pozwala przekazywać na
bieżąco „komentarze” Witkacego do tego, co właśnie wyczyniają inni
bohaterowie, a po drugie dodaje sztuce nowej płaszczyzny. Witkacy pisał
bowiem też o pewnego rodzaju konflikcie pokoleń czy raczej – jak ujął to
twórca plakatu „Pożegnania jesieni” – o tym, że „młodość nie widzi starości” (na plakacie główki starców są samym dole – nie mylić z czaszkami).


Chór starców jest więc z
jednej strony powściągliwy i spokojny, bo ma już to wszystko za sobą,
ale komentując przeżywa jeszcze raz własne życia. Panowie zastanawiają
się więc, czy to nie dziwne, gdy tak człowiek na człowieku („że to
wchodzi w to…”), strofują („może byście się za jaką porządną pracę
wzięli, pedały!”) i oceniają („ludzie niemający odwagi strzelić
sobie w łeb mimo przekonania o słuszności tego zamiaru. Samo się
załatwi, myślą sobie, coraz bardziej oddalając się od śmierci. A kiedy
wreszcie przyjdzie, liżą ręce katów, błagając o jeszcze jedną chwilkę”).


Jak to w tragikomediach
bywa, mimo że rzecz jest o zbliżaniu się do kataklizmu, śmierci,
całkowitym zepsuciu jednostki i upadku jej indywidualizmu – w sztuce nie
brakuje humoru. Twórcom w kilku miejscach nie udało się co prawda uciec
przed pułapką absurdu i formy Witkacego, ale źle nie jest. Bawią
zbiorowe sceny tańca synchronicznego (wyróżnienie grupowe dla „Niech żyje wolność” i indywidualne dla „I want to break free”
prowadzonego przez Krzysztofa
twoje-spodnie-to-najpiękniejsza-rzecz-jaką-widziałem-Boczkowskiego),
bawi ksiądz odganiający poetę/oficera (Piotr Łukaszczyk) Gazetą
Wyborczą, na którą wszyscy reagują jak wampiry na krucyfiks. Z tego
ostatniego, wraz z resztą widowni, śmiała się nawet, siedząca obok mnie,
recenzentka wspomnianego dziennika. Czyli działa.


Czy tak samo można
powiedzieć o całym spektaklu? Jak już wspominałem na początku, doceniam
wysiłek adaptacyjny i efekt końcowy, bo jest to naprawdę nowy, niemalże
autonomiczny twór. To poza tym prawdopodobnie jedna z najbardziej
kolorowych opowieści o szarości życia i czarnej stronie ludzkiej
duszy… W całym spektaklu miałem jednak kilka razy przykre wrażenie, że
– opisowo mówiąc – nie wszystkie dzwony zadzwoniły we właściwych
momentach. A jeśli już, to niewystarczająco głośno. I tak – chwila
przepadała. Chodzi o momenty kluczowe, gdy akcja powinna wywołać u widza
konkretne, silne emocje. Sprawić, że znienawidzi, zapłacze, pokocha,
zacznie współczuć. Tak niestety nie zawsze się nie działo.


Może wynika to z tego,
jak trudno jest utrzymać odpowiedni rytm w dramacie o strukturze
„Pożegnania jesieni”: gdy całość jest właściwie jedną długą sekwencją
kolejnych scen. A może problem sam zniknie już na premierze – widziałem w
końcu tylko próbę generalną. Mam właściwie nawet taką nadzieję, bo
życzę tej dekadenckiej adaptacji jak najlepiej. Fakt, może w kilku
miejscach nie przypadły mi do gustu pomysły twórców i uważam, że z kilku
mogliby zrezygnować a także, że nie każdy z założenia zmysłowy ruch
aktora był ruchem zmysłowo wykonanym… Cieszy mnie jednak, że we
Współczesnym robią coś swojego, nie klękając przed wielkim pisarzem, jak
wcześniej w przypadku tekstów Tadeusza Różewicza. Indywidualizm
Witkacego przynajmniej tutaj wyszedł komuś na dobre.


(pierwotnie opublikowane: tutaj)

2 comments on “Witkacy tańczy i śpiewa
  1. wiesz, sprawa jest taka, że dopóki Różewicz żyje, to przedstawienia według jego dramatów będą wyglądały tak, jak wyglądają. z Witkacym sprawa ma się, rzecz jasna, inaczej:)

  2. z – za przeproszeniem – żyjącym różewiczem chyba też można zrobić więcej albo przynajmniej go nie psuć. zresztą, jeśli ktoś zabierze się ja jego prozę i przerobi ją na dramat to pan R. nie będzie miał nic do powiedzenia :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS